Solar Eclipse Run 2024, Meksyk, Wycieczki i zwiedzanie Meksyku z polskim archeologiem, Tequila, Jalisco, Guachimontones, Teuchitlan, archeowyprawy
Tequila – cel pielgrzymek
Tequila… Wszystkim kojarzy się z Meksykiem i w sumie słusznie. Uchodzący za dystyngowany sposób jej spożywania – ten z solą i limonką, który urósł do rangi rytuału w Europie nieświadomej, iż w rzeczywistości wymyślono go po to zabić podły smak trunku, zawsze będzie wzbudzał we mnie dyskretny uśmiech. Agnieszka lubi tequilę. Upiera się, że musi przywieźć do Polski kilka butelek pochodzących właśnie z tego miejsca. Zakładam, że będzie to taka sama tequila jak wszędzie, ewentualnie trochę droższa, ale symbol to symbol. Taki kamyczek z Częstochowy…
Z ruin w Ixtlan del Rio możemy jechać do Tequili 70 minut płatną autostradą 15D albo 90 minut drogą federalną 15. Oczywiście, wybieram bezpłatną, a przy tym znacznie bardziej malowniczą drogę. Jest tu sporo serpentyn, na których z pewnością stracę więcej paliwa, ale robię to z przyjemnością dla wspaniałych widoków. Agnieszka śpi podobnie jak wczoraj. Dwa tygodnie w drodze musiały zrobić swoje. A może to już syndrom drogi powrotnej, jazdy w kierunku lotniska?
Odkąd przeżyliśmy zaćmienie, napięcie w niej jakby spadło. U mnie opadło dwa dni później, po tym jak przejechaliśmy cało Durango i Sinaloa, ale ten rodzaj wiedzy staram się zachowywać dla siebie… Męczy mnie za to gorączka, mimo antybiotyku i jakieś bóle w tle. Na podorędziu mam buteleczkę z salsą, która pozwala trzymać zmysły na wodzy. Magiczny alembik – Potion of consiousnes… Albo tak mi się przynajmniej zdaje. Ważne, że spełnia zadanie na zmianę z widokami. Muszę zatankować w Tequila.
W dolinie jest rzeczywiście sporo destylarnii. W więkości są chyba nastawione na obsługę wycieczek autokarowych. Nie wierzę, aby smak wódki stąd różnił się drastycznie od smaku wódki z kaktusów zebranych na półwyspie Jukatan, w Oaxaca, czy gdziekolwiek indziej. Nie jestem koneserem wódki, choć tekla i dziewczyny… tak, to wybuchowa mieszanka, po której czasem pozostają blizny…
Tequila – miś na miarę ciupag na Gubałówce
Tequila w teorii niczym się nie różni od innych małych meksykańskich miasteczek z resztkami kolonialnej zabudowy w centrum. Wąskie, często jednokierunkowe uliczki i zocalo na środku. W praktyce różni się tym, że jest totalnie zakorkowane przez autobusy pełne turystów pielgrzymujących, aby nabyć tu kilka flaszek niepowtarzalnej wody święconej… Stolica komercji i turystycznego kiczu. Nie cierpię takich miejsc i jak mogę, staram się ich unikać planując archeowyprawy, choć przyszłym uczestnikom na ogół nie da się wytłumaczyć, czemu z Calakmul cieszyliby się bardziej, a nawet dziesięć razy bardziej niż z Chichen Itza, nawet z dodatkiem klimatycznego Chichen Viejo…
Włączając się w kondukt zataczamy krąg wokół zocalo, z użyciem siatki jednokierunkowych uliczek. Potem drugi i trzeci, coraz bardziej pokutny… Szukamy sklepów z teklą. Jest ich sporo, podobnie jak nabitych do granic możliwości prywatnych parkingów w bramach. Niestety nikt nie wyjeżdża. Postanawiam zrzucić więc desant w pobliżu któregoś zagęszczenia sklepów i krążyć nadal w poszukiwaniu szczęścia. Obiecuję krążyć i obserwować miejsce zrzutu co kilkanaście minut. Mimo dobrego planowania misja kończy się jednak klęską. Desant wraca z pustymi rękoma. Twierdzi, że tekla jest taka sama jak wszędzie tyle, że kilka razy droższa…
Dobre kilkadziesiąt minut przebijamy się z powrotem do drogi federalnej.„Zapominam” zatankować w Tequila, bo benzyna, podobnie jak tekla, jest taka sama jak gdziekolwiek indziej, a jednak znacznie droższa. Wielka sława to żart… Na szczęście dalsza droga do Guadalajary nie jest już tak pokręcona. W Santa Cruz del Astillero odbijamy do Huaxtla, by stamtąd przebić się do drogi federalnej 70. Z tej zjeżdżamy wkrótce w stronę Etzatlan. Po godzinie od wydostania się z Tequila docieramy do Guachimontones, stanowiska pięknie położonego na szczycie górującym, nad rozległym jeziorem La Vega. Tekla teklą, to mój cel na dzisiejszy dzień.
Guachimontones – zupełnie jak nie w Mezoameryce…

Guachimontones… Aż dwa stanowiska archeologiczne w ciągu jednego dnia?!A niby czemu nie? Przez kilka poprzednich dni zdarzało się przecież bez jednego 😉 A w końcu podróżujemy przez pogranicza stref kulturowych oraz najbardziej zaniedbane archeologicznie tereny Mezoameryki. Teuchitlan vel Guachimontones to poza tym jedno z tych miejsc, o których słyszy się legendy 🙂 Guachimontones to nazwa stanowiska należącego do kultury, którą nazywamy obecnie Teuchitlan.

Od większości tych, jakie odwiedzamy na terenie Meksyku różni się tym, że jest prywatne, tzn. pozostaje poza jurysdykcją INAH. Bilety są tu paradoksalnie kilka razy tańsze niż zwykłe ceny INAH, które z koleji są kilka razy tańsze od bandyckich cen biletów narzucanych przez gubernatora stanu Yuacatan, na stanowiskach Chichen Itza, Uxmal, Ek Balam! Razem to już kilkadziesiąt… Do tego darmowy parking – spróbujcie zaparkować za darmo pod ruinami Tulum, Coba, Chacchoben czy wyżej wymienioną trójcą. Na glebę powala mnie potężne, dobrze urządzone muzeum z salami projekcyjnymi i ekspozycjami. 30 pestek za wjazd przy ponad 700 do Chichen po prostu zapiera dech…

Guachimontones to także nazwa specyficznych kopców, czy okrągłych piramid schodkowych. Są wielkie, ustawione na szczycie góry jedna obok drugiej wśród pierścieni mniejszych, prostokątnych już platform wokoło. To właśnie od nich wzięło swą nazwę to stanowisko archeologiczne. Tyle, że patrząc na nie nijak nie czuję się w Mezoameryce… Są… Mój informatyczny, chcący automatycznie klasyfikować wszystko umysł wypycha je za granice poznanego świata, przesuwając gdzieś dalej na północ, w stronę kultur północnoamerykańskich i nie znanej mi przecież bliżej Cahokii. Dla tych okrągłych piramid nie mam żadnych mezoamerykańskich analogii…

A jednak mezzo i w dodatku forte!

A z drugiej strony między nimi tkwią dwa gigantyczne boiska do pok-ta-pok. Mezoamerykańskie na wskroś, jak w pysk strzelił! Jedno jest zanurzone, jak w Monte Alban albo Tonina… Drugie po postu wielkie, jak te w tolteckim Tula w stanie Hidalgo czy wielki stadion w Chichen Itza. I pisząc 'gigantyczne’ nie przesadzam – oba są wielkie, ale drugie, to większe, wciśnięte między guachimontony bliżej szczytu góry ma aż 110 m długości! Było jednym z największych stadionów preklasycznej Mezoameryki, porównywalnym z tym w El Tintal…

Czuję się tak spełniony, że w końcu opadam z sił. Siadam na skraju kręgu, gapiąc się na największą z tych okrągłych piramid. Na kopcu nadal rosną drzewa… El Gran Guache… Ciekawe, że nie rozkopali największego z guachimontonów?! Ja bym od niego zaczął… Chociaż szkoda mi drzew… Drzewa zresztą musiały przecież rosnąć tu na wszystkim… Odpływam, ale Agnieszka wkrótce sprowadza mnie z powrotem. Nie qmam co do mnie mówi, ale na pewno zaraz będę musiał wstać, więc najpierw sam próbuję coś powiedzieć, aby przedłużyć tę chwilę. Taka praca…

Guachimontones – wszystkie kolory tęczy…

W muzeum Guachimontones m.in. 16 kolorów obsydianu! Te dwa, które my archeolodzy-mezoamerykaniści normalnie bierzemy pod uwagę, czyli czarny obsydian wychodni z El Chayal w Gwatemali i zielony z Pachuca w środkowym Meksyku, ten pod kontrolą Teotiihuacan, okazują się poważnym uproszczeniem tematu 😉 No, ale tych pozostałych, jakże barwnych gatunków nie znajdujemy wśród piramid Majów. Uważnie oglądam ceramikę – dawne modele publicznych ceremonii są niesamowitym źródłem wiedzy na temat mało znanej wczesnoklasycznej kultury Teuchitlan. Do Guadalajary mamy stąd już tylko godzinę drogi. A przynajmniej tak mi się wtedy wydaje. Agnieszka mruczy, że może tam będzie tequila…

<= poprzedni rozdział: Los Toriles w Nayarit i Tequila
#SolarEclipseRun2024 #ZapiskiNiepozorne: Więcej szczęścia niż rozumu











